poniedziałek, 18 kwietnia 2016

This is Butler!

Różne bywają początki karier, niektórzy zaczynają od małego (jak choćby Haley Joel Osment, który jednak ostatnie lata spędza grywając w - nazwę to delikatnie - niszowych produkcjach), inni pojawią się pierwszy raz na ekranie przeżywszy już ćwierć wieku. Do tego drugiego grona zalicza się mój dzisiejszy bohater, czyli Gerard Butler. Butler, czy tego chce czy nie, zapisze się w historii kina głównie trzema słowami, które w postaci memów i gifów będą krążyły i wyskakiwały przy mniej lub bardziej odpowiednich okazjach. Trochę mnie to smuci, bo chciałoby się żeby ten wielce utalentowany Szkot wyrwał się z szafki oklejonej jako "Leonidas". 


Zanim jednak Butler w 2005 roku spotkał Snydera i jego "300", miał już na swoim koncie udział w kilku interesujących produkcjach. Dwa lata wcześniej otrzymał tytułową rolę w "Upiorze z opery" (który dla Joela Schumachera okazał się być najlepszym filmem od czasu "Upadku"), co dla byłego wokalisty zespołu rockowego (tak, nadal mowa o Butlerze) musiało być przyjemnym wyzwaniem. Wyzwaniem dodam, któremu podołał zdobywając swoją pierwszą nominację do Satelity, czyli nagrody rozdawanej przez Międzynarodową Agencje Prasową. 
Jednak prawdziwie przełomowymi rolami były dla późniejszego Leonidasa role w "Draculi 2000", oraz w "Attyli" w 2000 roku, wtedy to również poznał czym jest ciężki fizyczny trening przygotowujący do wcielenia się w daną postać.

Kręcąc tę scenę do "P.S. Kocham Cię"Butler ściągając szelki rozciął skórę na czole Hilary Swank.  Dlatego właśnie szelki wyszły z mody.
Śpiewający Szkot nigdy nie był fanem przesadnych ćwiczeń i wymuszonych treningów - wielokrotnie w wywiadach przyznawał, że chociaż wyglądał jak bóg (podczas prac nad "300") to czuł się jak dziadek z obolałymi kolanami i ramionami. Na szczęście Hollywood przyszło z pomocą, a dokładniej z filmami, które wymagały od niego nieco więcej umiejętności aktorskich, a nieco mniejszych mięśni. To właśnie dzięki m.in. szkockiemu urokowi i talentowi "P.S. Kocham Cię" stało się już klasycznym romantycznym melodramatem dla zakochanych par, a dla wielu kobiet stało się przyczynkiem do zadania lubemu kłopotliwego pytania: "czemu ty taki nie jesteś?!". Komediami "Brzydka prawda" czy też "Dorwać byłą" nie zdobył co prawda uznania większości krytyków, zdobył za to uznanie płci przeciwnej. Ale nie, nie będę się tutaj wdawał w rozważania na temat dlaczego Gerry (jak sam woli być nazywany) pozostaje singlem.

Po Leonidasie żadna rola Butlera nie była już tak wybuchowa.
W 2008 roku wydawało się, że Guy Ritchie i jego znakomita "RocknRolla" zapoczątkują nowy etap w karierze Butlera, jednak szybko się okazało, że raz przypięta łatka "aktora kina akcji" nie da się łatwo odkleić. I tak powoli zbliżam się do współczesności, bo o filmach typu "Gamer" czy "Kaznodzieja z karabinem" wspominać więcej niż ze względu na formalności nie warto. Gdzieś w tym wszystkim zaplątał się jeszcze rola w naprawdę niezłym "Prawie zemsty", ale było to dla wszystkich potwierdzeniem tego co wiedzieliśmy od dawna - Butler sprawdza się w kinie akcji.
Z czasem jednak to kino akcji przestało się sprawdzać, jeśli "Olimp w ogniu" można jeszcze było jakoś przełknąć (popijając dużą dawką alkoholu), o tyle "Londyn w Ogniu" jest już fabularną pustynią. Czymś czego nie da się obronić, bo jeśli kino akcji jest pozbawione elementu "WOW" to nie jest to już kino akcji, a jakaś kretyńska próba wyłudzenia pieniędzy od widzów. Nie mam przy tym pretensji do Butlera czy Aarona Eckharta (wcielającego się w najbardziej nijakiego prezydenta USA w historii), bo w ich grze doskonale widać, jak wielki dystans mają do granych przez siebie postaci. Ten dystans można opisać słowami "jest mi tak bardzo obojętnie, że mogłoby mnie tu nie być".

Butler na planie fimu "Bogowie CGI... eee... Egiptu"
Wspomnę jeszcze o "Bogach Egiptu", którzy z Egiptem mają tyle wspólnego co wszyscy aktorzy grający w tej produkcji z Egipcjanami, czyli nic. Już nawet mniejsza o to, nie jest niczym nowym, że lepiej zatrudnić  aktora rozpoznawalnego niż aktora pasującego do roli. Nie zmienia to jednak faktu, że smutek ogarnia człowieka gdy widzi jak Geoffrey Rush marnuje swój czas i talent w produkcji kat. C.

Woda się leje, znak, że trzeba kończyć.
Wracając do Butlera, nawet jeśli rola Leonidasa już na zawsze pozostanie tą, z którą wszyscy będziemy go kojarzyć... to nie ma w tym tragedii, owszem, chciałoby się zobaczyć go w zapierającej dech piersiach roli, po której wszyscy będą chcieli wcisnąć mu Oskara. Ale osobiście zadowolę się każdym filmem, w którym Gerry nie będzie zabijał wszystkiego co się rusza (lub nie)... może pora na jakiś wspólny projekt z Bradley'em Cooperem (który też ostatniego roku do udanego zaliczyć nie może)?

któż by nie chciał tych dwóch panów w jednym filmie?


wtorek, 13 stycznia 2015

miXer 7



Birdman - Złoty Glob za najlepszy scenariusz oraz dla odtwórcy głównej roli - Michaela Keatona, aż trudno w to uwierzyć ale dla Michaela jest to pierwsze tak ważne wyróżnienie. Przez lata miał pecha jeśli chodzi o dobór filmów, naprawdę udane filmy z Michaelem można policzyć na palcach jednej ręki. Niemniej Birdman sprawił, że Keaton - po zdobyciu Globa - jest obecnie faworytem do zdobycia Oscara. 
Nie byłoby to wszystko możliwe gdyby nie genialny Alejandro González Iñárritu, nie mam pojęcia jak on to robi, ale reżyserowane przez niego filmy mają w sobie coś niepowtarzalnego, coś co sprawia, że zaledwie po kilku scenach widać jego rękę i oko. Birdman to absolutna tegoroczna pozycja obowiązkowa, pojedynek aktorski (i to na kilku poziomach) pomiędzy Keatonem a Edwardem Nortonem jest po prostu genialny. 
10/10

Still Alice - i znów film z Globem w tle, tym razem za główną rolę kobiecą w dramacie otrzymała go Julianne Moore właśnie za rolę Alice - kobiety, która z każdym dniem zapomina o swoich dokonaniach naukowych, zapomina imiona, daty oraz o wszystkim co kiedyś było dla niej ważnym. Still Alice to historia o tym jak życie zmienia się kiedy przychodzi do nierównej walki z chorobą Alzheimera. Poza świetną Moore na ekranie pojawią się jeszcze m.in.: Alec Baldwin, Kristen Stewart oraz Kate Bosworth.
8/10

Powiedzmy sobie wszystko - nie wiem kto wpadł na pomysł aby sklasyfikować ten film jako "komedię", ale widać tak właśnie dystrybutorowi skojarzyło się nazwisko Bateman. Jason Bateman grający tutaj główną rolę to zdradzany przez żonę członek zwariowanej rodziny Foxmanów. Trójka braci, siostra oraz matka spotykają się na pogrzebie ojca (męża) i przez kilka dni muszą przypomnieć sobie jak to jest być bratem/siostrą. Słodko-gorzki film w sam raz na niedzielne popołudnie, kto uwielbia Tinę Fey z pewnością na "Powiedzmy sobie wszystko" będzie się dobrze bawił.
5/10

Theory of Everything - Eddie Redmayne za wcielenie się w doskonale znanego profesora Stephena Hawkinga otrzymał niedawno Złotego Globa i muszę przyznać, że nie spodziewałem się tego wyróżnienia. Owszem zagrał bardzo dobrze, znalezienie lepszego aktora do tej roli graniczyłoby z cudem, jednak szkoda mi trochę Steve'a Carella, który za sprawą filmu "Foxcatcher" udowodnił, że jest znakomity nie tylko w rozśmieszaniu ludzi. Wracając do historii o Hawkingu, w rolę jego ukochanej (a później żony) wcieliła się przepiękna Felicity Jones, o której z pewnością jeszcze nie raz usłyszymy wiele dobrego. Całość jest idealnie wyważona, nieprzesłodzona, bez sztucznej gloryfikacji, dorzućmy do tego świetną muzykę (również nagrodzoną Złotym Globem) a mamy film, który jest w stanie zadowolić zarówno tych, którzy doskonale historię Hawkinga znają, jak i tych, których wiedza o nim ogranicza się do zasłyszanego gdzieś nazwiska.
7/10

piątek, 19 grudnia 2014

miXer 6



The Knick - Soderbergh w serialowej formie, do tego świetny Clive Owen oraz intrygująca Eve Hewson. Serial zabiera nas w podróż w czasie do początków XX wieku gdzie w Nowym Jorku odnajdujemy tytułową klinikę - miejsce raczkującej chirurgii. Mamy wszystko to co tygryski lubią najbardziej - handel zwłokami oraz (jeszcze) żywymi, narkotyki, cynizm, rasizm, hipokryzję i gdzieś tam w tle - dobro o pacjenta (klienta). Z niecierpliwością czekam na drugi sezon. 8/10

Eliza Graves - można szukać również pod tytułem Stonehearst Asylum, film inspirowany opowiadaniem E.A. Poe - dramatycznie próbuje trzymać mroczny i tajemniczy klimat. Ku mojemu zaskoczeniu Jim Sturgess wypada całkiem przyzwoicie nawet na tle Bena Kingsley'a oraz Michaela Caine'a. Nie mogę tego samego powiedzieć o Kate Beckinsale niestety. Naciągane 5/10

Teoria Wszystkiego - Terry Gilliam zaprasza nas do swojego świata przyszłości, który tak naprawdę okazuje się smutny, pusty i depresyjny ale za to ubrany w kolorowe ciuszki i efektowne reklamy. Christoph Waltz w roli głównej daje z siebie wszystko choć wygląda na nieco zagubionego (podobnie jak spora część widzów). Na osłodę piękna Melanie Thierry. 6/10

The Flash - kolejny na liście serial, Flasha jako jednego z głównych superbohaterów komiksów DC zapewne nikomu przedstawiać nie trzeba. Natomiast przedstawić trzeba Granta Gustina, który wcielił się w tytułową rolę i jak na swoje lata (ledwie 24) sprawuje się nieźle. Z odcinka na odcinek jest zresztą coraz bardziej "nieźle". Obecnie trwa świąteczna przerwa (następny odcinek dopiero 20 stycznia) więc to idealny moment na nadrobienie pierwszych 9 odcinków. 7/10

Rogi - od czasu do czasu trafiam na film, który mnie zaskakuje, po którym nie spodziewam się za wiele, natomiast podczas oglądania zdaję sobie sprawę, że dobrze się bawię... i wtedy zaczyna się ostatnie 30 minut filmu, które cały misternie budowany klimat musi oczywiście spier*olić. Daniel Radcliffe - tym razem nie jako Harry Potter - daje radę i potwierdza plotki o tym, że jest dobrym aktorem. Dodajmy do tego słodką i seksowną Juno Temple i otrzymujemy... zmarnowany potencjał na przyzwoity film. 3/10

środa, 1 października 2014

miXer 5

Bez zbędnego wstępu:

Gotham - serial przybliży nam nieco historię Gotham zanim pojawił się tam Batman, głównym bohaterem jest detektyw James Gordon (w pierwszym odcinku trochę nijaki Ben McKenzie, w drugim było już o wiele lepiej), który obiecuje małemu Bruce'owi odnalezienie mordercy jego rodziców... tak, po raz 546 oglądamy zabójstwo Wayne'ów. Trudno przewidywać jak "Gotham" rozkręci się w następnych odcinkach, ale jeśli na ekranie będzie jeszcze więcej Camren Bicondovej to z pewnością oglądalność będzie rosła. 6/10

Gwiazd naszych wina - chyba za stary jestem na takie filmy, ona - chora na raka, on - chory na raka, do tego pisarz - alkoholik (akurat do tej roli Willem Dafoe pasował idealnie) plus duża dawka nieracjonalnego zachowania, młodzieńczej miłości i oczywiście hektolitry łez... z kilometra pachnie "Szkołą uczuć". Kilka scen autentycznie zabawnych i nadspodziewanie sensownych. 5/10

Frank - genialny Fassbender i niezła Maggie Gyllenhaal, ogromny plus za muzykę graną "na żywo" przez samą obsadę oraz to pokręcone poczucie humoru... ale to nie jest komedia, wlepienie filmowi etykietki "komedia" według dystrybutora zapewne poprawia wyniki oglądalności. Tak czy inaczej końcówka wzrusza - i to tak na poważnie, a nie "śmiertelnie" jak w filmie wyżej... 7/10

wtorek, 29 lipca 2014

miXer 4

Wakacje wakacjami, upał upałem, ale filmy same się nie obejrzą (a szkoda)... Zacznę może od czegoś naprawdę dobrego:

Grand Budapest Hotel - Wes Anderson w swojej najlepszej formie, oczywiście pojawią się głosy, że film jest absurdalny, na granicy kiczu, odrealniony do granic możliwości... ale takie już jest kino Andersona, albo się zakochasz w tych historiach, albo pozostawią cię z uczuciem ogromnej pomyłki. Ja pozostaję zauroczony, nie pierwszy raz na głównego bohatera Wes wybiera dzieciaka, chociaż Tony Revolori nie jest debiutantem to przy otaczających go gwiazdach (Ralph Finnes, Adrien Brody, Edward Norton, Willem Defoe plus naprawdę niespotykana ilość genialnych aktorów w mniejszych rolach) mógł czuć się na planie nieswojo. Bez zbędnego rozpisywania się - "Hotel" to tegoroczna pozycja obowiązkowa dla każdego, fani Andersona zawiedzeni raczej nie będą, a reszta widzów po prostu musi na własne oczy przekonać się czy taka wizja filmu im się spodoba. 9/10

Kruk. Zagadka zbrodni - John Cusack jako Edgar Allan Poe na tropie mordercy wzorującego się na zbrodniach opisanych w jego twórczości. Pomysł zacny, niemniej za utrwalanie stereotypów o Poe reżyserowi należy się solidny kopniak. Na plus obecność Luke'a Evansa, którego kariera po "Hobbitach" szybko się rozkręci. "Kruk" raczej nie ma szansy zapaść głęboko w pamięć - prędzej osiądzie w tej pamięci na dnie ;) na jeden wieczór w sam raz, pod warunkiem, że nie nastawimy się na nic genialnego. 5/10

Samotność w sieci - jak już leciało w TV to uznałem, że nadrobię i zapełnię tę moją lukę w polskiej kinematografii. Chyba niepotrzebnie, przez te dwie godziny mogłem zrobić tyle ciekawszych rzeczy... choćby drzemkę, albo pogapić się w chmury. Od razu mówię, że nie oceniam książki, tej nie czytałem i nie mam zamiaru. Andrzej Chyra jest tajemniczy i uwodzi niczym najlepszy internetowy Casanova, Cielecka szuka "skoku w bok" (czytaj: "prawdziwej miłości"). Oboje są przewidywalni i naiwni jak para przeciętnych nastolatków. O ile ciekawszy byłby ten film gdyby po drugiej stronie był jakiś "Wojtek" ze znanej kampanii społecznej :P 2/10

G.I.Joe: Odwet - nie miałem wielkich oczekiwań po tym filmie, naiwnością byłoby mieć jakiekolwiek oczekiwania. Jak złe jest to kino "akcji"? Jest tak złe, że Channing Tatum kiedy zorientował się jaki badziew kręcą postanowił zabić się w jednej z pierwszych scen. To była być może najlepsza decyzja w jego karierze. "G.I.Joe" ciągną uparcie Dwayne Johnson (który niedawno został Herculesem) oraz Bruce Willis. Bruce'owi się nie dziwię, on niczego udowadniać nie musi i od początku widać, że gra w tym czymś "dla jaj" (czyt.: dla kasy). Dziwię się, że po dwóch tak beznadziejnych częściach ktoś jeszcze stwierdził, że nakręcenie kolejnej części będzie świetnym pomysłem... 1/10

The Strain - serial powstały na podstawie powieści Guillermo del Toro, którego zapewne przedstawiać nie trzeba. Po zaledwie 3 odcinkach mogę stwierdzić że, wątek rozpadu rodziny jest bardziej wciągający od wątku "wampirowego". Ciekawie zapowiada się takie hmm... ludzkie przedstawienie kwestii wampirów, biologiczne szczegóły przemiany itd. Zdecydowanie jest potencjał na pierwszy porządny serial o wampirach utrzymany w dosyć mrocznym klimacie (jak ktoś z "Pamiętnikami tapirów" czy "Brudną krwią" wyskoczy to się śmiechem zadławię). Póki co 7/10

poniedziałek, 23 czerwca 2014

miXer 3

Sklep dla samobójców - animacja Patrice'a Leconte (którego jak na razie najlepszym filmem pozostaje w moim odczuciu - Śmieszność) ma swoje mocne strony, począwszy od niebanalnego pomysłu i samej "kreski" a skończywszy na hiperboli w ukazaniu współczesności jako ogarniętej wszechobecną chęcią śmierci. Kwestią decydującą o odbiorze tej "bajki" będzie indywidualne podejście do kwestii musicali, tym bardziej, że polski dubbing - obfitujący w głosy znanych i lubianych kabareciarzy - pozostawia nieco do życzenia, zwłaszcza jeśli chodzi o partie śpiewane. 4/10

Obrońcy skarbów - film, którego premiera specjalnie została przeniesiona na 2014r., aby ułatwić walkę o Oscary... Problem tylko w tym, że jakakolwiek nominacja będzie kpiną. Cóż z tego, że cały projekt aż pęka od wielkich nazwisk (których celowo nie wymienię) skoro sprawia wrażenie niedopracowanego w każdym calu? Posiadanie w rękach genialnego pomysłu nie oznacza, że automatycznie powstanie z niego coś dobrego. Tak to wygląda - Clooney chyba zachłysnął się tym jak dobrą dostał historię i - niechcący zapewne - stworzył najnudniejszy wojenny film ostatnich lat, rzygający patosem i - w najlepszym razie - przeciętnym humorem... wielka szkoda. 3/10

Wskrzeszenie Mistrza - rzecz o tym jak trudna bywa praca dziennikarza, inspirowany prawdziwą historią film o "Mistrzu" - bezdomnym byłym bokserze, którego przeszłością interesuje się młody dziennikarz sportowy. Trochę prawd uniwersalnych, trochę o miłości, o rodzinie, o wyrzeczeniach i - przede wszystkim - o naiwności. Świetna rola Samuela L. Jacksona oraz całkiem znośna Josha Hartnetta. 7/10

La Cara oculta (The Hidden Face) - czasami dobrze jest obejrzeć coś hiszpańskiego aby uświadomić sobie jak biedne jest nasze rodzime kino w porównaniu do produkcji z Półwyspu Iberyjskiego. Adrian - młody i przystojny dyrygent (plus nawet mniej charyzmatyczny bohater od Thorina dębowej tarczy - co wydawało mi się niemożliwe), ogląda film zostawiony przez ukochaną (którą i tak zdradzał po kątach :P), która postanawia od niego odejść. Rozpacz nie trwa oczywiście długo. Tajemnicę tego filmu pułkownik Hans Landa rozwiązałby po jakichś 30 sekundach przebywania w domu Adriana. Wnioski? Zawsze ufaj psu - nawet jeśli wabi się "Hans"... aha i zazdrosne kobiety są zdolne do wszystkiego... 6/10 

sobota, 21 czerwca 2014

miXer 2

Ostatnio mam mało czasu na filmy, praca, praca i po raz trzeci... mundial, niemniej o meczach nie będę tutaj wspominał, szkoda moich nerwów...

Rushmore - jeden z pierwszych wyreżyserowanych przez Wesa Andersona (ostatnio stworzył Grand Budapest Hotel) filmów. Genialna rola Schwartzmana plus Bill Murray i piękna Olivia Williams dopełniają całości. Absurdalna historia ucznia prywatnej szkoły, który zakochuje się w nowej nauczycielce. Można narzekać, że to tylko historia o przyjaźni, miłości i paru innych banalnych "rzeczach", ale nie sposób nie docenić abstrakcyjnego humoru Andersona. 8/10

Ja, Frankenstein - aż chciałoby się zmienić tytuł na "Nein Frankenstein!"... Sorry, sorry bardzo ale odniosłem wrażenie, że film powstał tylko po to aby Aaron Eckhart mógł pochwalić się efektami pracy na siłowni. Podszedłem bez wygórowanych oczekiwań - miała być klasyczna sieczka i ciekawe łubu-dubu, jak się okazało tak wysoko postawiona poprzeczka była nie do przeskoczenia. Plakat głosi, że "legenda jest nieśmiertelna", niestety, widzowie są śmiertelni i za narażenie widzów na stratę czasu producenci powinni się smażyć w piekle, na głębokim tłuszczu. 2/10 (ocena zawyżona ze względu na sympatię do Mirandy Otto (niezapomniana Eowina z Władcy Pierścieni)).

X-Men, przeszłość, która nadejdzie - mam mieszane uczucia, zmiana reżysera i scenariusza już w momencie pierwszych zdjęć odbija się nieco na logiczności i sensowności wszystkiego co oglądamy. Logan - niezmiennie i oby jak najdłużej - Hugh Jackman zostaje przeniesiony w przeszłość, do swojego "młodszego" ciała by zapobiec wybuchowi wojny pomiędzy ludźmi a mutantami. Niby brzmi nieźle, tylko, tak szczerze... to Logan niewiele w tym filmie robi, to Quicksilver wyciąga Magneto z więzienia (pytanie po co? Xavier odstawiając "leki" mógł odnaleźć Raven bez jego pomocy), Xavier przekonuje Raven, że (nie) zabicie jednego małego (nie mogłem się powstrzymać :P) człowieka może zmienić przyszłość, no i to prezydent USA doszedł do wniosku - po tym jak własnie Magneto zabił dziesiątki ludzi - że jednak mutanci nie stanowią zagrożenia... 
Niepotrzebnie się rozpisałem, ponieważ pomimo mieszanych uczuć to nadal jest świetna rozrywka, dla fanów pozycja obowiązkowa. 7/10

Jack Strong - Pasikowski + dobra historia = dobry film, to równanie kolejny raz się sprawdziło. To nic, że z ówczesnych wojskowych, którzy mieli kontakt z Kuklińskim, zrobił debili, powiedzmy sobie szczerze, że na to zasłużyli. Choć być może była to subtelna i wyrachowana pomoc dla pułkownika. Trudno wyrokować, trudno też narzekać na cokolwiek, Patrick Wilson z pięknym akcentem nawija po polsku udając, że rozumie co mówi, Dorociński to Dorociński - z pewnego aktorskiego poziomu od dawna nie schodzi. Mocne 7/10.

wtorek, 3 czerwca 2014

miXer (filmowy), 1

MiXer, czyli papka filmowa, którą ostatnio pochłonąłem, bez zbędnego rozpisywania się i bez współczucia. Kolejność przypadkowa, chyba, że będę miał inny kaprys...

Niemożliwe - Ewan McGregor i Naomi Watts w opartej na faktach historii o rodzinie, która miała pecha podczas wakacji na Tajlandii w grudniu 2004 roku trafić na tsunami. Morał? Na święta jeździ się do rodziny, nie na wakacje. Niemniej "Niemożliwe" może poruszyć do łez. 7/10.

O północy w Paryżu - Owen Wilson w nietypowej dla siebie roli, bo dobrej i u Woody'ego Allena. Magiczne podróże w czasie, dziesiątki drobnych smaczków i Paryż, po prostu Paryż. Owen podejmuje całkiem trafną decyzję - Marion Cotillard jest piękniejsza od Rachel McAdams. 8/10.

Pod Mocnym Aniołem - Smarzowski w swojej mrocznej formie, mając pilchowe fundamenty zbrodnią byłoby zrobienie złego filmu. Kto nie widział tego na co dzień ten tutaj dowie się czym jest alkoholizm. Z jednej strony chciałoby się podziękować Jerzemu za doświadczenia, dzięki którym powstał ten film, z drugiej... jest tak po ludzku po prostu przykro. 7/10

Pompeje - Kiefer Sutherland powinien zwolnić menadżera. Historia celtyckiego(?) gladiatora, który ratuje siebie i ukochaną przed złym Rzymem i Rzymianami, ale już mu na pokonanie wulkanu sił nie starczyło. Tanie efekty specjalne i pylica gratis. Russell Crowe i Ridley Scott zapewne świetnie by się na "Pompejach" bawili, dawno tak długiego skeczu bez pointy nie widziałem. Jakiś plus? Tak, kiedyś się kończy. 1/10

Agenci T.A.R.C.Z.Y. - serial, który powstał po to by ożywić agenta Coulsona (który w filmach Marvela i tak się nie pojawi więc po co to wszystko?). Tylko dla fanów marvelowych produkcji, z odcinka na odcinek fabuła nabiera rozpędu, ale nawet na końcu sezonu to bardziej Przewozy Regionalne niż Pendolino... chociaż może to i lepiej. Powstanie drugi sezon, strach się bać. Zapychacz wolnych wieczorów.

wtorek, 13 maja 2014

RoboCop, czyli dlaczego należy dokręcać wszystkie śrubki


Na ten film fani (istnieją tacy?) serii o "blaszanym glinie" czekali ponad 20 lat i - jak to najczęściej bywa przy takim odstępie czasu - historia musiała zacząć się od nowa, czyli krótko mówiąc, mamy do czynienia z remakiem. Początkowe informacje dotyczące tej produkcji były więcej niż obiecujące, za kamerą miał zasiąść Darren Aronofsky, o rolę głównego bohatera starali się m.in. Michael Fassbender, Johnny Depp oraz Russel Crowe, zaś "tym złym" miał być Hugh Laurie lub Clive Owen. Życie szybko zweryfikowało zakusy producentów (a być może zrobił to za nich scenariusz, którego lektura zapewne mogła odstraszyć), a więc - kogo jednak ujrzymy na ekranie?

W detektywa Alexa Murphiego wcielił się Joel Kinnaman, młody Szwed dopiero zaczyna swoją międzynarodową karierę i ta rola z pewnością przyda mu się w CV, choć jakoś szczególnie nie zapadnie ona nikomu w pamięci. Show stara się skraść bezapelacyjnie najlepszy na ekranie Gary Oldman, którego nikomu przedstawiać nie trzeba. Do tego pojawią się jeszcze m.in. Michael Keaton, Jackie Earle Haley, Abbie Cornish i Samuel L. Jackson. Zapomniałbym o najważniejszym - reżyserii ostatecznie podjął się Jose Padilha, Brazylijczyk, którego kojarzyć możemy głównie za sprawą świetnego dokumentu "Autobus 174".

O czym opowiada "RoboCop"? Chyba wszyscy znamy tę historię na pamięć - gliniarz zostaje poważnie ranny, "ratują" go naukowcy wsadzając to co z niego zostało do "ciała" robota. Chcąc mieć nad nim kontrolę mieszają mu w mózgu i oczywiście coś idzie nie tak... bla bla bla, fabuła jest równie zaskakująca co ramówka TVP.
Śledztwo, które Robocopowi zajmuje jakieś dwie minuty (to dotyczące zamachu na jego życie), przeciętny widz rozwiąże w jakieś 15 sekund.

Narzekam na fabułę, chociaż sam w poprzednim wpisie wspominałem, że to nie ona często jest najważniejsza. Oczywiście, ciekawie zrealizowana forma uratuje nawet największy banał (patrz: Avatar), problem w tym, że "RoboCop" pozostaje niedorobiony również w tym aspekcie. Pościgi, wybuchy, strzelaniny itd., są zrealizowane z polotem i pomysłem godnym "Klanu" czy "M jak Miłość". Brak oryginalności to główny grzech tej produkcji.

Mimo wszystko jednego możemy być pewni - kwestią czasu jest kolejna część "blaszanego gliny", chociaż ten odgrzewany kotlet został przyjęty chłodno zarówno przez krytyków jak i widzów to udała mu się sprawa najważniejsza we współczesnym kinie - zarobił. Ponad 100 mln dolarów zysku z pewnością będzie wystarczającym powodem żeby ponownie posłać detektywa Alexa Murphiego na ulice Detroit.

Zwiastun:

czwartek, 8 maja 2014

Norman i pary



"ParaNorman" to debiutancka animacja Chrisa Butlera i muszę to otwarcie przyznać - takie udane debiuty rzadko się zdarzają. Jeśli ktoś powie, że to przecież tylko kolejna opowieść o zombiakach, to będę zmuszony przypomnieć - czasami forma jest o wiele ważniejsza niż sama tematyka. Zresztą, oczekiwanie nadmiernej oryginalności od hmm... bajki dla dzieci (producent granicę wiekową ustalił na 7 lat) byłoby naiwnością.

Nie bez przyczyny zawahałem się przy określeniu "bajka", przygody Normana w Blithe Hollow bywają dosyć drastyczne, chociaż nigdzie nie przekroczono (chyba) granicy dobrego smaku. Niemniej część pociech może się - przynajmniej chwilowo - przestraszyć nie na żarty. 

W wersji oryginalnej usłyszymy znane i rozpoznawalne głosy, przy udźwiękowieniu udział wzięli m.in.: John Goodman, Anna Kendrick, Casey Affleck zaś głównemu bohaterowi głosu użyczył Kodi Smit-McPhee, przed którym niewątpliwie jeszcze dziesiątki genialnych ról (pamiętać go możemy choćby z Drogi).
Polski dubbing jest jak najbardziej poprawny, chociaż nie wzięli w nim udziału jedyni słuszni znani aktorzy (wybaczcie ironię ale ostatnio strach było otworzyć lodówkę w obawie przed głosem Boberka, Szyca, Adamczyka czy Karolaka), a postawiono w większości na profesjonalnych lektorów. Efekt jest zadowalający.

"ParaNorman" to świetna rozrywka zarówno dla dzieci (przypominam - od 7 lat, to dosyć bezpieczna granica) jak i rodziców, być może nawet bardziej dla tych drugich. Humor jest świetny, miejscami pikantny, czarny - co przy tej tematyce nie może dziwić, a sceny... przemocopodobne nie zrobią wrażenia na dzisiejszych 8, 9 czy 10 latkach.

Umiejętnie wykorzystano ograne wydawałoby się motywy (patrz: pierwszy akapit), mamy więc wszystko to co powinno pojawić się w tego typu produkcji: niezrozumienie, odmienność, smutek, przyjaźń, miłość oraz morał, jaki? Nie, obiecałem sobie - zero spoilerów ;)

Na zachętę oczywiście zwiastun:



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co jest grane, Davis? Czyli kot braci Coen



Dziś kilka słów o ostatnim dziecku braci Coen, czyli filmie "Inside Llewyn Davis". Joel i Ethan nie tworzą filmów słabych, tworzą obrazy "inne", które mogą albo - zdobyć uznanie szerokiej publiczności (m.in.: "Big Lebowski", "Barton Fink", "Fargo"), albo - pozostawić u większości widzów poczucie, że "czegoś tu brakuje" ("Tajne przez poufne", "Poważny człowiek"). Tak czy inaczej, każdy ich film jest brany pod lupy krytyków z całego świata, którzy zawsze mają wysoko zawieszoną poprzeczkę z oczekiwań.

"Inside Llewyn Davis" to krótka historia piosenkarza i gitarzysty zatopionego w folkowej muzyce lat 60. tak głęboko, że z trudnością widzi on jeszcze jakieś "jutro". Wybaczcie taki ogólnik o fabule, ale im mniej spoilerów w tym przypadku tym lepiej.

Oscar Isaac, grający główną rolę, przyzwoicie wywiązał się ze swoich obowiązków. Stworzył postać, co do której nie będziemy pewni - współczuć? Żałować? Gardzić? Ogromnym plusem są jego partie wokalne, które zdecydowanie nie będą raniły naszych uszu. Poza Oscarem, na ekranie pojawią się jeszcze m.in.: piękna Carey Mulligan , Garrett Hedlund (który wygląda jakby żywcem wyjęty z "W drodze"), John Goodman oraz Justin Timberlake, który naprawdę profesjonalnie poradził sobie ze swoją rolą kiczowatego muzyka.

Muzyka wymaga tutaj osobnego akapitu. "Folk nigdy nie wydaje się nowy i nigdy się nie starzeje", to stwierdzenie Llewyn'a wisi nad całą historią. Kiczowate dźwięki mieszają się z "czymś" więcej. Trudno to wszystko porozdzielać, przecież nawet muzyka płynąca z prawdziwej głębi może być beznadziejna.

"Inside Llewyn Davis" to piękny film, nie tylko pod względem technicznym (świetne zdjęcia Bruna Delbonnel), ale przede wszystkim jako opowieść o depresji, desperacji, bolesnej codzienności i bezmyślności. Jeśli lubisz szorstkie portrety psychologiczne, nieubarwione i pozbawione sztucznych fajerwerków - ten film jest dla Ciebie.

Na koniec wspomnę jeszcze o kocie. Jamse Joyce z pewnością by go pokochał.

sobota, 8 lutego 2014

Wyuczona bezradność


"Nimfomankę" von Trier podzielił na dwie części, początkowe moje obawy związane z tą decyzją okazały się bezpodstawne. Nie jest to podział "zarobkowy" (jakim jest chociażby to co wyprawia się z "Hobbitem"), a każdy kto - jeszcze po pierwszej części mógł w ogóle tak myśleć - zmieni swoje zdanie po obejrzeniu drugiej części. Ale zacznijmy od początku.

Ciemna uliczka, zaczyna padać śnieg, to właśnie w tej scenerii Joe poznaje Seligmana. Ten zabiera pobitą kobietę do siebie. Tak zaczyna się ta historia pełna metafor, konfliktów moralnych, religijnych, ale i zrozumienia oraz co ważniejsze - niezrozumienia. Z oczywistych względów o tym co dzieje się dalej nie napiszę.

Lars von Trier nie śpieszy się w swojej opowieści, obrazy potrafią trwać długo, chociaż może trwają dokładnie tyle ile powinny? Trudno powiedzieć, niemniej wiele osób wybierających się do kina bez jakiegokolwiek kontekstu, bez znajomości sposobu prowadzenia filmu przez von Triera - wynudzi się niemiłosiernie. Podobnie osoby nastawione i zachęcone do seansu przez pełne seksu zwiastuny i inne reklamy - nie będą się raczej dobrze bawiły. Ostre sceny są tylko środkiem do ukazania celu. A jak wiadomo - im mocniejszy środek - tym lepiej osiąga się zamierzony cel.

Pierwsza część "Nimfomanki" to opowieść o młodości Joe (którą w wersji dorosłej gra świetna Charlotte Gainsbourg zaś w wersji młodszej - debiutująca - Stacy Martin), o pierwszych doznaniach, dziecinnych igraszkach i zabawach. Powiedzmy szczerze - to tylko rozgrzewka.


Druga część nie pozostawia już żadnych złudzeń. Kluczem do całego filmu jest Seligman (w tej roli charakterystyczny Stellan Skarsgard), dosłownie - imię/nazwisko - "Seligman". Gdybym po obejrzeniu pierwszej części nie usłyszał od znajomej, że zna psychologa o takim nazwisku, zapewne nadal żyłbym w błogiej nieświadomości. Nie mam wątpliwości, że von Trier nieprzypadkowo wybrał dla swojego bohatera właśnie to imię - to najważniejsze "klocek" w całej tej historii.

Poza już wspomnianymi wyżej, na ekranie pojawi nam się cała plejada aktorskich znakomitości: Uma Thurman, Christian Slater, Shia LaBeouf, Willem Dafoe oraz m.in. Jamie Bell

"Nimfomanka" miała - wedle odbioru większości - szokować odważnymi scenami - seksem, sadyzmem, brutalnością itd., owszem - szokuje, ale nie w takim stopniu jak "zapowiadano", plus ten "szok" nie jest tutaj najważniejszy. Nie są to filmy wybitne, poprawne i solidne owszem, w moim prywatnym odbiorze - druga część wnosi zdecydowanie więcej niż pierwsza, przez co jest odrobinę bardziej wyrazista i zwyczajnie lepsza.

Tak czy siak - z odpowiednim nastawieniem i (parafrazując) wyuczonym oczekiwaniem - warto.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Rzuć pan granat...

Dawno mnie tutaj nie było, głównie z braku czasu oraz z innych mniej ważnych powodów. Przeglądam wszystko co znalazło się tutaj i stwierdzam, że brakuje kilku słów o jakimś naprawdę złym filmie. Jeszcze przyjdzie komuś do głowy, że takie nie powstają lub, że celowo takich nie oglądam. Po części jest to prawdą, nie trudno na podstawie opinii innych stwierdzić jakie dzieło nie jest warte ani minuty. Czasami jednak takie oceny mogą wprowadzać w błąd, patrz Aviator, który w świadomości naszej polskiej masy oglądającej filmy uchodzi za przeciętny obraz, lub - co niestety ma miejsce o wiele częściej - masy mylą się w drugą stronę, film przeciętny uznawany jest za genialny (patrz: Avatar).

Dzisiaj miałem "przyjemność" oglądać film, który nie zawiódł moich oczekiwań, to znaczy - nastawiłem się na beznadziejną naciąganą jak czepek fabułę oraz ogólne łubu-dubu.
Rzecz jest o Uprowadzonej 2.

Pierwsza część nie była może jakimś wielkim dziełem, ot średnie mordobicie, aczkolwiek z ciekawym i mogącym wciągnąć klimatem i historią. Film zarobił swoje więc oczywiście postanowiono nakręcić drugą część, tym razem jednak już bez klimatu i bez ciekawej historii, co więc zostało? A, tak, mordobicie.

Nie mam nawet siły wypisywać w jak wielu sytuacjach sceny z tego badziewia nie mają najmniejszego sensu ("przejedźmy na pełnym gazie przez bramę ambasady amerykańskiej, to nic że jesteśmy amerykanami i chcemy się tam ukryć, niech do nas postrzelają", "porzucaj sobie granatami po dachach w Istambule, nikt się tym nie interesuje"), zaś same sceny walki nie mają w sobie ani cienia oryginalności (co było zaletą pierwszej części).

W roli głównej ponownie Liam Neeson, który jak na swoje 61 lat rusza się całkiem nieźle ratując swoją córkę (Maggie Grace) oraz żonę (Famke Janssen). Nie ma oczywiście mowy o jakiejś porywającej grze aktorskiej, bo też nie było materiału do dobrej gry.
Na uwagę i kilka słów zasługuje jeszcze - grający złego bossa - Rade Serbedzija, którego świetną rolę w Przekręcie pamiętam do dzisiaj.

Z kronikarskiego obowiązku, trailer:


I zasłużona ocena 1/10

wtorek, 2 kwietnia 2013

Kiedy przeciwności się przyciagają


Nietykalni są pięknym przykładem tego, że europejskie kino - choćby było świetne - pozostanie niedocenione na świecie, a w szczególności pozostanie niszowe na rynku amerykańskim. Oczywiście jest tak tylko do momentu gdy nasi sojusznicy nie nakręcą remake'u

Film przedstawia nam historię bogatego i sparaliżowanego od szyi w dół Philippe'a (Francois Cluzet) oraz Drissa (Omar Sy, który za tę rolę zdobył Cezara) - chłopaka z przedmieścia, który nie raz łamał prawo. Pomimo tego, że różni ich niemal wszystko, nieoczekiwanie odnajdują wspólny język, Driss bowiem przypomniał swojemu pracodawcy co to znaczy żyć pełnią życia. Brzmi banalnie, ale historia ta oparta jest na prawdziwych wydarzeniach - link (uwaga, po angielsku :P), co jednak nadaje jej więcej niż odrobinę wyjątkowości.

Nietykalni to nie tylko wspaniała komedia przeciwieństw, ale również (a może przede wszystkim) przykład tego jak wyobcowani i jak wycofani z normalnego życia mogą być ludzie niepełnosprawni lub/i - w szerszym ujęciu - chorzy na depresję. To właśnie te wątki są w tym filmie moim zdaniem najważniejsze i trochę żałuję, że nie zdecydowano ich się rozwinąć. 

Jestem ciekaw czy amerykański remake (w roli głównej ma pojawić się Colin Firth), o ile w ogóle się pojawi dorówna chociaż w niewielkim stopniu francuskiemu oryginałowi. Jeśli tak, to będziemy mieli z pewnością kasowy hit i Oscarowego pewniaka.

W ścieżce dźwiękowej Nietykalnych usłyszymy m.in. nieśmiertelne Feeling Good w wykonaniu Niny Simone:



niedziela, 24 marca 2013

"You have suffered enough"


Once to niezwykły film, chociaż - powiedzmy sobie szczerze - opowiadający dosyć przewidywalną i konwencjonalną historię o muzyce, miłości, biedzie i poszukiwanym sukcesie. Wyróżnia się jednak warstwą muzyczną, dowodem na to niech będzie choćby Oscar za najlepszą piosenkę (zamieszczone wyżej Falling Slowly) oraz powstały na jego podstawie broadwayowski musical o tym samym tytule (który ostatnio zdobywa nagrodę za nagrodą: Once (musical)).

Jest to historia Irlandczyka - Glena Hansarda oraz Czeszki - Markety Irglovej, których nieoczekiwane spotkanie kończy się powstaniem wielu wspaniałych piosenek. Marketa przywróciła Glenowi ambicję oraz wiarę we własny talent i umiejętności, dzięki czemu nagrywają płytę, płytę która może odnieść sukces i odmienić ich los.

Obecnie Glen jest członkiem znanego nie tylko w Irlandii zespołu The Frames (ich piosenka Seven Day Mile pojawiła się m.in. na ścieżce dźwiękowej House'a), zaś razem z Marketą tworzył duet znany pod nazwą The Swell Season.

Niemniej sukces tego filmu leży w jego autentyczności, tutaj nikt niczego nie gra, nie udaje, czujemy to od pierwszej do ostatniej minuty. Łatwość z jaką zostajemy zauroczeni tą historią jest niezwykła. Polecam tym, którzy lubią prawdziwe filmy.
8/10

środa, 20 marca 2013

"Chłop żywemu nie przepuści"


Pokłosie jest pierwszym filmem Władysława Pasikowskiego od 11 lat, reżyser m.in KrollaPsów czy Demonów wojny nie tylko nie zapomniał jak dotrzeć do widza, ale także pokazał jak łatwo można widza zdenerwować. Wystarczy poruszyć temat, o którym większość wolałaby nie mówić.
Pokłosie nie jest oparte na faktach, nie trudno jednak odkryć jak bardzo inspirowane jest pogromem w Jedwabnem. Nie miej złudzeń, jeśli gdzieś w głębi jest w Tobie jakaś maleńka cząstka antysemity - ten film pobudzi ją do drgania. 
Oberwało się więc Stuhrowi, Pasikowskiemu jak i Ireneuszowi Czopowi od wielu środowisk - że tak to ujmę - nieprzychylnych Żydom, środowisk, które często mają się za patriotyczne, środowisk które pozwolę sobie nazwać mniejszościami imbecylów.

Nie będę się o Pokłosiu nadmiernie rozpisywał, ujrzymy w nim m.in. - poza wspomnianymi wyżej - Jerzego Radziwiłowicza, Zbigniewa Zamachowskiego, Andrzeja Mastelarza. Za zdjęcia odpowiadał Paweł Edelman, zaś za scenografię Allan Starski. Uwagę mam tylko do jednej drobnej rzeczy, do uzębienia, do nienagannego uzębienia większości mieszkańców wsi...

A skoro ja więcej o Pokłosiu nie powiem, to opowie o nim i o całej atmosferze wokół niego powstałej Maciej Stuhr:
http://www.youtube.com/watch?v=VHdMDp08Pv4

Ode mnie 8/10

poniedziałek, 18 marca 2013

Mistrzu pożycz złotówkę


Mistrz to film niewygodny dla polskich dystrybutorów, stąd praktycznie zerowa promocja oraz niewielkie zainteresowanie największych kin. Nie jest to nic nowego, filmy które nie wpisują się w ogólny trend kina rozrywkowego nie zarabiają, lub zarabiają za mało aby wzbudzić zainteresowanie dystrybutorów.  Dodatkowo historia opowiadana w Mistrzu jest dla przeciętnego polskiego oglądacza ciężka, niestrawna i - przede wszystkim - dotykająca dla wielu tematu tabu. Rzecz jest bowiem o powstawaniu sekty (mógłbym tutaj umieścić słowo "kościół" ale co niektórzy mogliby to źle zrozumieć).

Na ekranie zobaczymy trio Joaquin Phoenix (Freddie Quell), Philip Saymour Hoffman (Lancaster Dodd - tytułowy Mistrz) oraz Amy Adams (Peggy Dodd), które za swoje role otrzymało Oscarowe nominacje. Z tej trójki największe brawa należą się Phoenixowi, którego rola wojennego weterana z problemem alkoholowym była zdecydowanie najtrudniejsza. 
Za kamerą stanął Paul Thomas Anderson, twórca m.in. genialnego Aż poleje się krew.

Mistrz nie jest oparty na faktach, jednak całymi garściami czerpie z życiorysu L. Rona Hubbarta, twórcy kościoła scjentologicznego. Niemniej i bez tego biografizmu odczytywanie filmu jest interesujące. Nigdzie nie pada w nim słowo "sekta", ale od pewnego momentu nie mamy złudzeń do czego przedstawiona historia zmierza. Dodd jako charyzmatyczny lider ruchu działającego w ich "Sprawie" zdobywa wyznawców m.in. przez prezentowanie możliwości hipnozy oraz swoje psychologiczno-filozoficzne opowieści, które śmiało można nazwać bełkotem (który, jak wiemy od dawna, im bardziej zawiły i niespójny, tym większą grupę ludzi zainteresuje).

Jednak to nie Dodd jest naszym głównym bohaterem, jest nim - wspomniany wcześniej - Freddie Quell, alkoholik, weteran II WŚ, sfrustrowany seksualnie, nazywany przez Mistrza zwierzęciem. Trudno w kilku słowach opisać tę postać, zniszczyła go wojna, alkohol, kobiety, aż znalazł się pod wpływem Dodda, dla którego był powiewem świeżości, inspiracją. Jednak i ta relacja ewoluowała, okazało się, że nawet ktoś taki jak Ferddie może się zmienić. A może nie zmienić? Może właśnie wrócić do formy początkowej?

Zabierając się za Mistrza nie nastawiajcie się negatywnie ("sekty to złoooo"), nastawcie się na wędrówkę po psychice, a to, że wędrówka ta może biec różnymi ścieżkami (w tym ślepymi) czyni ten film ciekawszym z każdą minutą.

8/10

sobota, 16 marca 2013

Niepokonany czyli równy i wolny



Z piekielnej czerni, która trwa wkoło mnie,
Dziękuję bogom, obcym mi z imienia,
Za duszę moją hardą,
Wyciosaną z niepodatnego toporom kamienia.


Invictus to film oparty na trzech znanych nazwiskach: za kamerą stanął Clint Eastwood, a przed nią Matt Damon oraz Morgan Freeman. Żadnego z panów przedstawiać myślę nie trzeba, podobnie jak głównego bohatera filmu, granego przez Freemana - Nelsona Mandelę. Ujrzymy więc wycinek z biografii laureata pokojowej nagrody Nobla z 1993r., a dokładnie będą to lata 1994 - 1995, od momentu przejęcia przez Mandelę władzy, aż po mistrzostwa świata w rugby w RPA właśnie. Na pierwszym planie oczywiście pokojowe odejście od apartheidu.

Że w zdarzeń złych potrzasku
Ni razu nie zapłakałem,
Że głowa moja, choć obficie krwawi,
Przed niczym się nigdy kornie nie pochyli.

Mandela obawiał się, że zniesienie apartheidu szybko może odwrócić sytuację, to biali mieszkańcy RPA mogliby zostać wykluczeni z życia publicznego czy politycznego. Nadzieję na ogólnonarodowe pojednanie Madiba odnalazł w Springboks - narodowej drużynie rugby RPA. Sprzymierzeńca znalazł w jej kapitanie - grany przez Damona Francois Pienaar.
Historia bazuje podobno na faktach, ale naprawdę trudno uwolnić się od wrażenia, że całość została wygładzona, że resztę problemów jakie miała RPA w tamtym czasie celowo się pomija, a bohaterów mamy tylko dobrych i takich, którzy będą dobrzy przy odpowiednim pokierowaniu.

Stając nad tymi pagórami złości,
I padołem, jak mówią, łez,
Nie lękam się zmór nieodgadnionych dni
Ani sądnych, mrocznych lat.


Clintowi wiele pod względem technicznym zarzucić nie mogę, chociaż końcówka w przeciągającym się mocno zwolnionym tempie była przesadą. Rozumiem chęć podkreślenia historycznego momentu ale 10 minut to zdecydowanie za długo. Freeman oraz Damon za swoje role byli nominowani zarówno do Oscarów jak i do Złotych Globów, Eastwood za reżyserię nominowany był "tylko" do tego drugiego.

Nieważne, jak wąską furtką przeciskać się mam,
Co spotyka mnie z litanii kar,
Sternikiem swoich losów jestem sam
Własnej duszy kapitanem.


Invictus to tytuł wiersza Williama Ernesta Henleya z 1875r., (zamieszczony tutaj w przekładzie Czesława Sowy Pawłowskiego) który dodawał sił Nelsonowi Mandeli podczas jego 27 lat spędzonych w więzieniu na wyspie Robben. W filmie wiersz ten Mandela przekazuje Pienaarowi aby wspomóc ducha jego i drużyny. Niestety wiemy, że nie tak było naprawdę, a skoro nawet w tak drobnej - a ważnej - kwestii film odrobinę nas oszukuje, to nie oczekujmy, że dowiemy się samej prawdy o tamtych czasach. Eastwood moralizuje, co drugie zdanie Mandeli brzmi jak wyjęte z księgi mądrości, rozumiem chęć ukazania go z jak najlepszej strony, bo niewątpliwie całym swoim życiem udowodnił jak wielkim i niezwykłym był (jest) człowiekiem, ale wyszło to zbyt sztucznie.

6/10

poniedziałek, 11 marca 2013

Uderzenie melancholii


"Melancholia jest ojczyzną myśli" - Kazimierz Przerwa-Tetmajer. 

Powiedzieć, że Lars von Trier jest reżyserem kontrowersyjnym, trudnym, nie unikającym poruszania tematów uznawanych za delikatne lub - odwrotnie - wulgarne, to nie powiedzieć o nim nic. Duńczyk budzi zachwyt tak samo często jak odrazę, potrafi to zrobić w jednym filmie, taki był m.in. głośny Antychryst, któremu - słusznie - zarzucano nadmierną ilość pornografii. Lars wyciągnął z tego szumu coś dla siebie, coś co zaowocowało Melancholią.

Melancholia nie jest łatwym filmem, wielu widzów, którzy nieprzygotowani zasiądą do oglądania, wynudzi się lub uzna cały obraz za psychologiczny bełkot. Nie będą żałować seansu ci, którzy potrafią odczytywać wielowarstwowość i lubią zagłębiać się w psychikę bohaterów, psychikę świata przedstawionego. Melancholia spięta jest piękną klamrą kompozycyjną, choć początek trudno nam odczytywać bez znajomości reszty, powrót do filmu po kilku dniach sprawi, że pewne sceny wydadzą się pełniejsze.

Muzyka w Melancholii ogranicza się do Wagnerowskiego wstępu do Tristana i Izoldy powtarzanego w momentach kluczowych, powtarzanego z idealnym wyczuciem. Trudno o bardziej klasyczny podkład do końca świata.
Właśnie, von Trier przedstawia nam swoją wizję końca świata, ale to nie ta apokalipsa jest w filmie kluczowa, jest ona tłem dla opowieści, dla reszty apokalips.

Dla Kirsten Dunst, rola Justine była - jak do tej pory - najlepszą w jej karierze, nie tylko dlatego, że otrzymała za nią Złotą Palmę, ale przede wszystkim ze względu na to w jaki sposób ukazała problemy psychiczne swojej bohaterki. Claire, zagrana przez ulubienicę Larsa - Charlotte Gainsbourg, jest odwrotnością Justine, stąpa twardo po ziemi, a obawy i strach ukrywa głęboko, aż do czasu oczywiście. Dodajmy jeszcze męża Claire - Johna (Kiefer Sutherland) pewnego siebie racjonalistę, który wydaje się jedyną ostoją normalności.
W obliczu nieuniknionej śmierci ludzie się zmieniają, szaleństwo zamienia się w spokój, spokój staje się szaleństwem.

Studium depresji? Rzecz o końcu świata? Historia siostrzanych relacji? Tak, to wszystko i wiele więcej znajdziemy w Melancholii, w filmie trudnym i pięknym, w którym koniec świata jest tragedią jednostek, nie ogółu, a dzień jego nadejścia nie jest dla wielu niczym niezwykłym. "Innego końca świata nie będzie" jak pisał Miłosz.

Dopiero po dwóch seansach wybrałem tę ocenę - 9/10
i na zachętę, zwiastun Melancholii:

czwartek, 7 marca 2013

Poradnik pozytywnego filmu


Silver Linings Playbook znany u nas jako Poradnik pozytywnego myślenia to wyjątkowy, a zarazem oczywisty film (od razu mówię - nie będę się tłumaczył z przymiotnika "oczywisty"). Nominowany do Oscarów w 8 kategoriach i choć ostatecznie statuetkę za rolę pierwszoplanową otrzymała jedynie Jennifer Lawrence, to nikt nie może mówić o "oscarowej porażce". Poradnik nie był faworytem, był solidnym filmem, który zasługiwał na te nominacje, na zwycięstwa już niekoniecznie. Mniejsza o nagrody.

Głównym bohaterem Poradnika jest Pat Solitano (świetny Bradley Cooper), który nie potrafi ruszyć z miejsca po tym jak zdradziła go żona, ale nie tylko przez to trafił do szpitala psychiatrycznego. Ojciec Pata - Pat senior (lepszy od Coopera Robert De Niro) to zawodowy(?) hazardzista, pełen nerwicy natręctw, przesądów, który dorównuje - jeśli nie przewyższa - synowi pod względem zaburzeń psychicznych. 
Niebagatelna jest też rola matki Dolores (Jacki Weaver), bez której cała historia mogła potoczyć się zupełnie inaczej.
Najważniejszą postacią jest jednak Tiffany (w tej roli wspomniana już genialna Jennifer Lawrence), walcząca z własną przeszłością, a jednocześnie walcząca o swoją przyszłość. Za dużo nie chcę pisać w kwestii fabuły, wiecie - spoilery ;-)
Zakończenie filmu jest od pewnego momentu oczywiste, ale w żadnym razie nie umniejsza to przyjemności z seansu. 

Idealny film na sobotni wieczór, kiedy nie tylko chcemy się pośmiać, ale i pomartwić razem z bohaterami, kiedy chcemy obejrzeć coś dobrze zrobionego i zagranego. Dodajmy to tego świetną muzykę - Poradnik to film kompletny, na pewno nie zostanie filmem kultowym, za dwadzieścia lat pamiętać będzie o nim niewielu z nas, ale czy to ważne? Liczy się to jaki jest teraz.

8/10
i jeszcze na złość niektórym (:P) jedna z piosenek ze ścieżki Poradnika: